Mgła wojny

Każdy kraj ma swój hymn, a każda rodzina swoją opowieść. Mit założycielski, anegdota o pierwszej randce rodziców, powtarzany do znudzenia moralitet o wujku utracjuszu – wszystkie one są spoiwem równie silnym, co więzy krwi. Są tym, czym przysłówki dla zdań.

Tę jedną, najważniejszą dla danej rodziny historię rozpoznać można po tym, że wystarczy przywołać ją w dowolnym momencie na dowolnej imprezie, by krewni w chóralnym unisono zaczęli cytować finał, tak jak cytuje się fragmenty narodowej epopei, dialogi z Samych swoichczy refreny piosenek Niemena.

W mojej rodzinie jest to historia wojenna, opowiadana przez dziadka ze strony mamy, o tym, jak dziadek, żołnierz AK, w czasie drugiej wojny światowej otrzymał rozkaz zastrzelenia niemieckich jeńców. Każdy członek familii zna na pamięć szczegóły wydarzeń, które z czasem wydają się scenami z klasycznego filmu wojennego: las na Lubelszczyźnie, dwóch klęczących niemieckich saperów, przed nimi dziadek i jego towarzysze broni spierający się o zasadność rozkazu. „Przecież to saperzy, nie snajperzy, puśćmy ich” – przekonuje dziadek. Nie do wszystkich trafia argument o niższej kategorii żołnierskiej hierarchii, ktoś już podnosi karabin. „Zaraz!”. Przeszukiwania pojmanych. Nagle: zdjęcie w kieszeni niemieckiego munduru. „Chuda, blada niemra z pięciorgiem dziatków…” – to słynny opis dziadka. Chuda i blada, nie wychudzona czy zmizerowana, niemra, nie Niemka, i dziatki, nie dzieci, tak to należy prawidłowo opowiadać – i tak to sobie w rodzinie opowiadamy. „Co teraz robić? – zastanawiają się polscy żołnierze. – Zabić jednego? Obydwu? Żadnego?”. Chudość i bladość biorą górę. Nie waży się strzelać do kogoś, kto zostawił w Heimacie pięcioro dzieci i głodującą żonę. Finalnie nie pada żaden strzał, saperom każe się spieprzać, co ochoczo czynią.

To kontrowersyjna decyzja. Nie dość, że jest wyrazem wojskowej niesubordynacji, która w oczach dowództwa kruszy partyzanckie morale (dodam, że nie wiem, czy dziadek został za swój czyn ukarany), to może nieść ze sobą poważne konsekwencje – Niemcy mogli trafić przecież na swoje oddziały i, na przykład, przekazać jakieś ważne zasłyszane informacje, przyczyniając się do śmierci wielu polskich mundurowych i cywilów. Co więc należało zrobić: jedna kula? Dwie? Żadnej kuli w niemiecką pierś? Jeśli to rozważasz, ogarnia cię zimne, mokre kłębowisko dylematów, w którym każda podjęta decyzja jest niewłaściwa. Zjawisko to znane jest jako mgła wojny.

Reszta mojego tekstu w Przekroju

Reklamy

Śmiertelni Bogowie chłopięcych marzeń

906005_10203265040426255_5119321587296992596_o

To zdjęcie jest sierotą. Ojciec-autor pozostaje nieznany, jego nazwisko nie znalazło się w żadnych rodzinnych, ani oficjalnych archiwach, nie widnieje na odbitce, nie pamiętał go nikt z obecnych na fotografii, dziś zresztą wszyscy już nie żyją i ustalenie autorstwa jest sprawą beznadziejną. Prawdopodobnie człowiek ten był fotografem wędrownym, których wielu na początku XX wieku wielu szukało zarobku objeżdżając polskie wsie, w 1921 r. musieli zawitać także do Liśnika Dużego, to oczywiste. Zamówienie portretu rodzinnego było wtedy kwestią prestiżu, nawet w średniozamożnych wiejskich rodzinach, a moja należała przecież wówczas do lepiej sytuowanych. Choć kto wie, czy fotografii nie wykonał majętny przyjaciel rodziny, zafascynowany nową techniką suchej płyty żelatynowej, nie zakupił niedużego voigtlandera i nie zabrał się za uwiecznianie mieszkańców wsi i okolicznych krajobrazów? Zaciekawione dzieci wirowały mu zawsze u nóg, nie pozwalając na samotne wyszukiwanie dobrego ujęcia, wąsaci sąsiedzi zerkali zza płotów, gdy szedł między domostwami, żona chwaliła się koleżankom, że “mąż jest artystą”, a wieczorami gderała, że marnuje czas na czcze pomysły, kto wie?

Na pewno nie był to artysta, ani nawet sprawny rzemieślnik. Kadr ucina stopy siedzącym kobietom i dolną część ciała mojemu czteroletniemu wtedy dziadkowi, pokazuje za to przesadnie wiele ogrodu Kowalskich. Jakaś moja kuzynka przyłapana zostaje na wycieraniu twarzy chusteczką, część pozujących zerka na coś po ich prawej, miast w patrzeć w obiektyw, a Szczepan Kowalski, praszczur mój nonszalancko kurzy tytoń i jego głowę otula delikatniutka wata dymu. Choć znów – nie wiem nic, wszystko to domysły i może tylko taka wersja zdjęcia przetrwała do dzisiaj, a dzieło lepsze dawno podarły dzieci, zostało pożyczone i nie oddane, utknęło na wieki między stronicami książki, kto wie?

Nawet jeśli w tym dziele wiele przypadkowości, ustawienie postaci z pewnością nie odbyło się za sprawą przypadku. Wszystkie postaci znalazły się na swoim miejscu, wedle hierarchii. Centralną figurą jest mój pradziadek Feliks, stojący między żoną, a teściową, ale, ale, spójrzcie tylko, co się dzieje – wzrok sam prowadzi nas w lewo, mija kilkuletni narybek i zatrzymuje się przy brzegu fotografii. W naszej kulturze to, co z lewej jest ważniejsze od tego, co z prawej, to, co po lewej jest początkiem, tak jak początek tego zdania. Tam też stoi prapradziadek Szczepan. Stoi i pali własnoręcznie skręconego papierosa, pozornie w cieniu wszystkich wydarzeń, ale nie należy w to wierzyć. On tu rządził i czuć to dobrze, analizując mowę ciała: swobodną postawę, marynarkę zarzuconą od niechcenia na ramiona. Mogłoby się wydawać, że bardziej naturalnym układem byłby ten, w którym ojciec i syn są obok siebie, niechby w tej konstelacji senior stał z lewej, jednak – to już trudniej poczuć – między nim, a synem nie układało się najlepiej, a tradycja ta została przekazana stopień niżej.

Mężczyźni w mojej rodzinie zachowywali się jak bierki w warcabach, przeskakując pole nad swoimi ojcami. Więcej ciepła i zrozumienia otrzymywali od dziadków. Tak jakby miejsce przy ojcu było zbyt gorące lub zbyt zimne. Nie jest to domeną tylko mojej rodziny, kto wie, czy nie jest to wręcz sprawa pokoleniowa. Mój przyjaciel zwykł mawiać, że dla niego “dziadek był niczym Bóg” i sam dobrze go rozumiem, a nawet pojmuję sam mechanizm rządzący tą relacją: odwracamy się od tego, co w naszych ojcach ludzkie i ułomne: braku cierpliwości, zmęczenia, porywczości, słabości, które widzimy na co dzień. Tego, co boskie szukamy u mężczyzn, którzy mieli czas, by nauczyć się cierpliwości, a nie mają już czasu, by praktykować porywczość. Nie mówiąc już o tym, że dziadkowie wymagają od nas mniej niż rodzice. Chrześcijański nieśmiertelny Bóg-Ojciec to więc raczej Bóg-Dziadek, zresztą ten wizerunek utrwaliła przez stulecia kościelna sztuka, przedstawiając Boga jako siwowłosego, brodatego starca.

W naszej kulturze pełno dziś mężczyzn, którzy od dziecka jedną ręką wciąż trzymają się spódnicy mamy, ale nie brakuje tych, którzy od dziecka ze złością patrzą na ojców, czy raczej ponad nich, kierując wzrok na dziadków. Ci pierwsi w dorosłym życiu skazują się na wieczną gonitwę, za tym, co miałoby dać im szczęście, a że zazwyczaj utożsamiają je z kobietą, pogoń ta tylko ich męczy, jak sen, w którym spragniony śni o chłodnej wodzie. Ci drudzy zaplątują się w wieczną lojalność, choćby wobec ważnej idei lub ważnej osoby, ponieważ w skonfliktowanej męskiej linii ojciec ojca może powiedzieć: “Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną”. Taki konflikt jest nie do rozwiązania, trzeba więc wybierać w miłości między jednym kochanym mężczyzną, a drugim kochanym mężczyzną, zawsze przy tym tracąc, zawsze płacąc poczuciem winy i zawsze oczekując kary, w końcu zgrzeszyło się ciężko, zdradą własnego ojca.

Gdzie jest uwolnienie? Myślę, że w nauce miłości. To trudne słowo dla mężczyzn, kojarzymy je zazwyczaj bardzo jednoznacznie, boimy się też często, że miłość jest przeciwwagą siły. Co dopiero, gdy mówimy o miłości do mężczyzn… Tym bardziej powinniśmy się jej uczyć. Choćby po to, by z czasem nauczyć się lepiej widzieć.

Znów zdjęcie. Kolorowe tym razem i wyimaginowane. Oto Tata, oto Dziadek, w tle: słoneczny pejzaż lub jesienny ogród, niech zresztą będzie tam, co przyjdzie do głowy. Oto zaś, w pewnej odległości my, trzymający tę fotografię w dłoni, przyglądający jej się z zaciekawieniem, może też z lękiem, lub gniewem małych chłopców. Może wręcz jesteśmy takimi chłopcami? Patrzmy na tych mężczyzn na fotografii – czy któryś z nich rzeczywiście jest jak Bóg?

Patrzmy długo, spokojnie, intensywnie i z oddaniem, jakby zdjęcie miało ożyć, jakbyśmy niemal słyszeli szelest ubrań i oddechy Taty i Dziadka. Zastanówmy się: gdzie tutaj mogłoby być nasze miejsce? Gdzie chcielibyśmy stanąć? Czy jest tam gorąco, czy jedynie ciepło? Lodowato, czy jedynie chłodno? Patrzmy jeszcze dłużej, aż oczy zaczną płatać nam figla, aż wszystko zacznie się rozmazywać, kolory wyostrzać, oczy łzawić, a ciało odczuje zmęczenie. Przy kim jest nasze ukojenie?

Teraz fotografia ukazuje też nas, mimo że wciąż trzymamy ją w  rękach. Stoimy tam, gdzie podpowiada nam ciało, w pełni z tym pogodzeni.

Co czuje chłopiec, który ją ogląda? I czy wciąż jest chłopcem?

List do mojego syna

red balloon PDVD_013

Jadłem właśnie śniadanie na balkonie w wersji „na Rockefellera”, to jest w ciemnych okularach, szlafroku i sporo po dziesiątej, choć mieszkanie na Bielanach, nie penthouse na Manhattanie. Kawior i szampana, jako ostentacyjnie nuworyszowskie postanowiłem zastąpić kanapkami i kawą, luksusowe wiktuały w postaci papryczek nadziewanych serem jadłem jednak z podniesionym czołem, niech sąsiadów kłuje w oczy luksus, łamanie konwenansów to przywilej klasy próżniaczej.

– Zamknij oczy i wystaw rękę – powiedziała nagle do mnie Maja. – Mam dla ciebie prezent na rocznicę.
Zanim zdążyłem powiedzieć, że przecież umawialiśmy się, że niczego sobie nie kupujemy i jest to naruszenie warunków umowy, miałem coś w rękach. „Pewnie kotek”, zdążyłem jedynie pomyśleć, choć niemal równocześnie dotarła do mnie absurdalność tego skojarzenia. To, co miałem w rękach nie było ani ciepłe, ani futrzaste, ani ruchome, nie wspominając już o alergii żony na kocią sierść, po co miałaby dawać mi kotka, choć nie ukrywam, chcia… Otworzyłem oczy. W dłoni leżał test ciążowy.

Zazwyczaj myślę szybko i kojarzenie faktów nie przychodzi mi z trudem, a już na pewno nie po kawie, ale w tamtej chwili procesy w mózgu zachodziły niezmiernie wolno. Krok po kroku próbowałem łączyć fakty. Test ciążowy ma jakiś związek z ciążami. Prawdopodobnie żona chce mi coś w ten sposób zakomunikować. Na teście widnieją jakieś kreski. Wiem, że należy je liczyć. Umiejętność liczenia opanowałem w szkole podstawowej, a ponieważ kresek nie ma zbyt wiele, spróbuję na piechotę. Doszedłem do dwóch. Spojrzałem baranim wzrokiem na rozradowaną Maję, wróciłem wzrokiem na pasek w dłoni i kontynuowałem swoją szerlokowską dedukcję. „Skoro paski są dwa, to coś to oznacza”, podpowiedziało mi coś w najdalszych zakamarkach głowy. Przypomniałem sobie wszystkie wzory z logiki, którą wkuwałem na studiach, a przecież miałem też semiotykę, powinienem dać radę rozgryźć tę enigmę. Zanim zacząłem sięgać w pamięci do filmowych odniesień, by przypomnieć sobie, co działo się po scenie, w której kobieta daje mężczyźnie test z dwoma paskami stwierdziłem, że lepiej pójść w inną stronę i zapytać małżonkę o tę sprawę, może ona wie coś więcej. Całe ten ciąg myślowy trwał tyle, co w „Ulissesie” rozważania Molly Bloom przed zaśnięciem – kilkaset stron, które równie dobrze dałoby się zamknąć w jednym zdaniu.
Ponownie baranio spojrzałem na małżonkę.

– Tak… – powiedziała i dopiero teraz coś kliknęło mi w głowie.
Okazało się, że w tamtym momencie byłem już ojcem pewnego chłopca, który nie miał jeszcze ani imienia, ani serduszka, ale miał niezły zestaw genów i dwoje wzruszonych, podekscytowanych rodziców.

Kilka miesięcy później postanowiłem napisać do Stasia list. Może kiedyś go odczyta, może nie, może kiwnie głową, może wzruszy się, może treść nie zrobi na nim żadnego wrażenia. Może tego doczekam, może nie.

Kochany Stasiu,

żył w Anglli pewien poeta, co się zwał William B. Yeats. Ten poeta, którego wierszy jeszcze nie znasz, a bardzo chciałbym, byś kiedyś poznał, napisał „Modlitwę dla swojej córki”, która w momencie pisania była niemowlakiem w kołysce. Poeta Yeats (wymawia się go „Jejts”) życzył w nim córeczce urody i łagodności i innych cech, które chciałby, by posiadała. Zastanawiałem się, czego ja, twój ojciec życzę Tobie. I byłaby to tylko jedna sprawa: byś umiał kochać.

Widzisz, Stasieńku, Ziemia to ciekawe i piękne miejsce. Potrafi na przemian zachwycać i zadziwiać, ale tylko tych, którzy kochają życie i ludzi. Ci, dla których każdy dzień przykryty jest mgłą żalu i gniewu widzą jedynie samotną planetę gdzieś na bezdrożach kosmosu, pełną innych rozżalonych i gniewnych, podobnych im ludzi. Lecz nawet ci, którzy kochają muszą co i rusz sprawdzać, jak głębokie jest ich serce. Nie chcę, byś fruwał w obłokach: nie brakuje nam tutaj cierpienia i krzywdy. Budda, indyjski książę, jako mały chłopiec zamknięty był w pałacu, gdzie pilnowano, by nie napotkał nikogo chorego, biednego, lub starego. Budda wzniósł się na wyższy poziom jedynie dzięki temu, że przypadkowo, poza murami zobaczył na własne oczy cierpienie.

Ty też je napotkasz. I od Ciebie zależy, co to cierpienie z Tobą zrobi i co Ty zrobisz z nim. Są ludzie, którzy karmią się cierpieniem – szukają go. Jedni chcą je zadawać innym lub sobie, inni chcą przed nim wszystkich chronić. Niektórzy podziwiają sprawców, inni uwielbiają ofiary. Bez względu na to, co Ty będziesz w stanie zrobić, myśleć i czuć, pamiętaj o dwóch rzeczach: że w pewien sposób wszyscy oni są sobie równi i że nikt nie zasługuje na pogardę a po drugie, że cokolwiek uczynisz, jesteś tylko człowiekiem. Nie wyrośnij mi na świętego, chłopczyku, wszyscy świętych podziwiają, nikt nie kocha!

Kochany Stasiu, jeśli kiedyś zabłądzisz, pamiętaj, by iść tą drogą, która przyniesie więcej miłości, Tobie i innym. To będzie dla Ciebie łatwe, mężczyźni w twojej rodzinie potrafili kochać, jeśli nawet nie od początku, to przychodziło to do nich z czasem. Działając w zgodzie z sercem nie chowaj rozumu do kieszeni. Z rozumem jest jak z dobrym autem – jeśli jest piękne i szybkie, szkoda trzymać go w garażu.

Strać, synku mój trochę czasu na poszukiwana sensu życia. Nie ma nic piękniejszego, niż stracony czas, pamiętaj tylko, by w czas przerwać poszukiwania i wrócić do domu na kolację, sensów źle się szuka na pusty żołądek.

Marzę, synku, byś wyrósł na dzielnego mężczyznę. Takiego, którego inni szanują i który szanuje innych, który potrafi się głośno śmiać, nawet w najgorszy czas i w najgorszą pogodę, takiego, którego lubią kobiety i mężczyźni, starsi i dzieci i który lubi innych.

Najbardziej zaś marzę, byś żył tak, jak zechcesz. Niewielu jest wolnych ludzi na tej dziwnej planecie, obyś znalazł w sobie siłę i odwagę, by takim człowiekiem być. Nie będzie za to medalu, pamiętaj o tym, za takie postawy medali nie dają, nie stawiają pomników. Marna to pociecha, ale wiedz, że wolność bez czynienia krzywdy i duma bez wyniosłości to sama w sobie największa z nagród.

Synku, twoi rodzice są (w zależności, od tego, w jakim wieku to czytasz) najukochańszymi istotami na ziemi, bez których życia sobie nie wyobrażasz/upierdliwymi staruchami, którzy potrafią narobić wstydu/tęsknym wspomnieniem. Cokolwiek o mnie i Mamie myślisz i co do nas czujesz, pamiętaj jednak, że jesteśmy przy Tobie i że jesteś przez nas kochany. Tak było i tak będzie. Może nie będziemy przy Tobie fizycznie, ale cóż to zmienia? Można kochać nawet to, czego nie widać.

Synku, twój ojciec nigdy nie przepadał za ludźmi, którzy zanudzają innych i sam stara się tego nie robić. Dlatego kończę, Stasiu. W chwili, gdy piszę te słowa masz raptem ponad sto gramów wagi, jesteś w łonie Mamy i niewiele wiesz o czymkolwiek. Pada właśnie deszcz i pomyślałem, że nie mogę się doczekać, aż pójdziemy razem na spacer z dużym, kolorowym parasolem.

Do zobaczenia, Synku….

 

Opowieści o polskich duchach

włosy-z-pieca-683x1024

19 października 2017 roku, obok przystanku na Placu Defilad w Warszawie, skąd odjeżdżają autobusy do Rzeszowa, Łodzi albo Lublina Piotr Szczęsny ustawił podpięty do megafonu odtwarzacz i włączył piosenkę „Wolność” Chłopców z Placu Broni, po czym rozrzucił kopie swojego antyrządowego manifestu, oblał się nieustaloną dotąd substancją i podpalił. Dziesięć dni później Szczęsny, 54-letni szkoleniowiec z Niepołomic zmarł.

Jego śmierć była najbardziej dramatycznym wydarzeniem narodowego – i trwającego do dzisiaj – sporu o sędziów Trybunału Konstytucyjnego, podczas którego doszło już do wielotysięcznych demonstracji, ordynarnych wyzwisk w sejmie, niezliczonych sporów w mediach społecznościowych i kłótni przy rodzinnych posiłkach. Słowem: do małej, polskiej wojny domowej, której, na szczęście i jak do tej pory, jedyną śmiertelną ofiarą był wspomniany Piotr Szczęsny.

Dla prawników, politologów, socjologów kryzys wokół Trybunału Konstytucyjnego to efekt konkretnych działań rządu wynikających z jego filozofii prowadzenia polityki krajowej i międzynarodowej. To także szersze zjawisko, które należy rozpatrywać w kontekście światowego trendu odchodzenia od demokracji na rzecz trendów autorytarnych, wymagające analiz prawnych oraz politycznych komentarzy. Dla psychoterapii, zwłaszcza traktującej społeczne przemiany systemowo, te kwestie są wtórne. W tym ujęciu trwający ogólnopolski kryzys to nieuświadomiona zbiorowa reakcja na wcześniejsze narodowe traumy. To odreagowanie wojny, wpisujące się idealnie w cały zespół objawów, na które cierpi polskie społeczeństwo. Trybunał był jedynie podpalonym lontem, na który długo wyczekiwała beczka z prochem.

To wstęp do tekstu dla miesięcznika Kultura Enter, w którym napisałem o polskich traumach. Więcej TUTAJ

Fot. Magda Franczak dla Kultura Enter

Szacunek dla ludzi Pracy

work_Courtesy-of-SXSW-Film-Festival

„Praca” Jairusa McLeary’ego i Gethina Aldousa trwa niecałe dziewięćdziesiąt minut, ale oglądałem to niemal trzy godziny. Co trzy, cztery minuty musiałem robić przerwę na spacer po pokoju, tak duży jest tam ładunek emocji. Co kwadrans musiałem robić przerwę na płacz.

Znalezienie ciekawego filmu o psychoterapii graniczy z cudem. Z różnych powodów. Etycznych, gdyż relacja z całej sesji mogłaby naruszać czyjeś prawa lub szkodzić samemu procesowi leczenia, czy formalnych, bo dwoje osób siedzących w niewielkim pomieszczeniu to mało efektowna wizualnie sprawa.

„Praca” z 2017 r. jest tu wyjątkiem. Dokument łamie na przykład zasadę „żadnych kamer na terapii”. Reżyserzy zdołali uzyskać zgodę na filmowanie od uczestników i organizatorów czterodniowej terapii grupowej w amerykańskim więzieniu Folsom, o co starali się jedyne sześć lat. Warunkiem zezwolenia był wcześniejszy kilkuletni udział całej ekipy w programie w roli wolontariuszy.

Program terapii dla osadzonych stworzyła założona przez byłych skazańców Inside Circle Foundation. Ma na celu zmniejszenie recydywy w Folsom, co zresztą znakomicie się udaje, bo wśród wszystkich więźniów, którzy brali udział w programie i wyszli na wolność liczba powrotów do zakładu penitencjarnego wynosi dokładnie zero (da porównania: pozostali wracają do Folsom w 65 proc. przypadków).

Spotkania za kratami odbywają się tam co tydzień, ale dwa razy do roku władze więzienia i ICF dopuszczają udział w sesjach osoby z zewnątrz. Nie w roli terapeutów, ani obserwatorów, ale jako pacjentów. Tak więc kilkudziesięciu mężczyzn ma szansę otworzyć się i porozmawiać o swoich emocjach przed męskim kręgiem złożonym z morderców i złodziei, z których wielu odsiaduje kilkudziesięcioletnie wyroki. Ponieważ w jednej grupie znajdują się członkowie zwalczających się więziennych gangów, na czas terapii obowiązuje zawieszenie broni.

Jak wspominają twórcy programu, początkowo nie było łatwo to wyegzekwować. Pierwsze sesje przebiegały w napiętym milczeniu, a więźniowie w kręgu trzymali w zanadrzu ukryte noże. Sytuację rozładowały matki. – Podczas takiego wyczekiwania jeden z pacjentów spytał innego, jak ma na imię jego matka – opowiadał James McLeary, ojciec reżysera filmu i założyciel ICF. – „A po co ci to wiedzieć?”, warknął drugi. „Jak poznam imię twojej matki, trudniej mi będzie wsadzić w ciebie kawałek metalu”, padła odpowiedź. Potem wszyscy zaczęli mówić o matkach i napięcie opadło.

Takie anegdoty pokazują, z czym w „Pracy” mamy do czynienia. Dzięki surowemu podejściu do realizacji dokumentu, bez żadnych komentarzy, wyłącznie sesje nagrane niemal 1:1, film ma potężne oddziaływanie. Są tam sceny, o wyreżyserowaniu których marzyłby każdy hollywoodzki reżyser, będące zaś wynikiem zwykłego przypadku, jak ta, kiedy dwóch więźniów złączonych w mocnym uścisku płacze ze wzruszenia. Ponieważ wszyscy uczestnicy mieli na sobie małe mikrofony nie słyszymy wyraźnie tego, co skazańcy do siebie wtedy mówią. Przez stłumione słowa przebija się za to dźwięk pracy obu ich serc, które biją tym wolniej, im dłużej trwa uścisk.

Może to dlatego „Praca” jest filmem, podczas którego sam przeżyłem katharsis. Może zaś dlatego, że dokument pokazuje rzadką rzecz: facetów, z których emanuje ogromna siła i jeszcze większa wrażliwość. „Kiedyś płakałem jak chłopiec, z głową schowaną w dłoniach”, mówi jeden z prowadzących, „ale teraz płaczę jak mężczyzna, z podniesionym czołem”.

Przy tym nawet na chwilę nie ma się wątpliwości, że goście na ekranie to nie świętoszki. Pomijając tatuaże i muskulaturę – w grupie jest miejsce na każdą emocje, ale jeśli z kimś zadrzesz, nie licz na profesjonalne „szanuję twoją opinię” wypowiedziane delikatnym tonem. Prędzej ktoś nazwie cię „pierdoloną dziwką” i „chujem”. I może to być prowadzący. Tym więcej mam szacunku dla cywilów, którzy odważyli się pójść do Folsom. Oni sami jednak mieli z tego takie korzyści, że daj boziu podobnych efektów każdemu terapeucie.

W kręgu, w którym siedzą mężczyźni nie ma czasu i miejsca na pierdolety. Jest konkret. Jest siła, często fizyczna. Jest pot, są łzy i, tak, jest czasem trochę krwi. Jest też ogromna odwaga i mądrość, przed którą trzeba schylić czoła, bo oto widzimy więźniów, którzy byli lub są członkami krwawych gangów i spędzili połowę życia za kratami, a mimo to mogliby uczyć doświadczonych terapeutów.

„Praca” to film o mężczyznach i ojcach, czy raczej ich braku, o gniewie i pustce z tym związanych i o tym, w jakie mroczne miejsca gniew i pustka mogą doprowadzić,. A także o męskiej solidarności, która przekracza te realne i te wyobrażone mury. Zapomnieliśmy o niej, my na wolności.

O czym milczeć

na_bloga

 

Przydworcowa knajpa średniej kategorii, piwo kiepskie, ale mają mecz na telebimie, więc siedzę, Meksyk – Brazylia 0:0, druga połowa. W knajpie niemal wyłącznie mężczyźni, wielu obcokrajowców, co poznaję po tym, że jedni zamawiają „pivo”, inni „beer”, a jeszcze inni „пиво”. Przy jednym ze stolików siedzi dwóch niemych kumpli, pokazują kelnerce „victorię”, a ona przynosi im dwa tyskie z nalewaka. Widać, że prawie wszyscy przyszli na mecz przed podróżą, walizy utrudniają przemieszczanie się między krzesłami. Dopingujemy, większość Brazylii (ja jestem za Meksykiem).

– Ajjjj! – syczymy, gdy napastnik mija się z piłką na polu karnym.
– Ooo… – kiwamy głowami na widok pięknej kiwki.
– Hehehe – rżymy, bo ktoś drasnął Neymara, a ten, jak to Neymar, zwija się na murawie, jakby hiszpańscy inkwizytorzy torturowali go rozgrzanym ostrzem.
– Aaa!!! – krzyczymy po strzelonym golu, u większości to „Aaa!!!” zwycięstwa, moje „Aaa!!!” jest wyrazem rozczarowania postawą meksykańskiej defensywy.

Wymieniamy też nieme opinie. Facet obok, chyba Arab, pokazuje mi kciuk w górze, gdy widzi, że kręcę głową po końcowym gwizdku. Jakiś tęgi, łysawy jegomość w jasnym garniturze wznosi na to brwi i przechyla głowę „Cóż, taki jest sport”, zdaje się mi mówić, „Ano, tak…”, potakuję w jego kierunku. Znów pijemy piwo.

I już wiedziałem, że teoria antropologów o tym, jakoby kobiety wymyśliły język jest prawdziwa. Facetom słowa są zbędne.

W skrócie, teoria ta mówi, że nasi jaskiniowi praszczurowie nie bawili się w mowę, bo po co? Kiedy jeden jaskiniowiec chciał, by ten drugi (przyjmijmy, że młodszy) podał mu kamień, czy kość, to pokazywał mu to na migi, dodając co najwyżej „Uhmmm!”. Gdy młody przynieść nie chciał, dostawał w łepetynę.

Ponieważ kobiety są drobniejsze i wersja z przemocą fizyczną nie znajdowała się wśród dostępnych opcji, musiały znaleźć inną metodę perswazji i tak powstał język.

Brałem niedawno udział w pracy ustawieniowej, w której wszyscy mężczyźni w grupie znaleźli się w osobnym pomieszczeniu, bez kobiet. Nie mieliśmy tam nic do roboty, ale nie było nudno. Po prostu siedzieliśmy, czasem patrząc przez okno, czasem na siebie. Wszyscy milczeli i wszyscy mieli swoje miejsce w tym milczeniu. Czas spokojnie płynął. Jak w stadzie wilków: nawet najbardziej rozbudzony samiec wyciszy się pod wpływem wspólnej energii.

Kto takiego zwykłego, męskiego milczenia nie zaznał, ten nie wie, co traci.

A Meksyk? Odpadł, taki jest sport.

 

Siłacze nie płaczą

victor-freitas-549214-unsplash

To była jedna z tych prawdziwych siłowni, dzisiaj powiedziałbym nawet, że była to siłka prawilna. Żadne tam winyle na hantlach, chromowania na gryfach i kauczukowe maty do jogi. Tam się pizgało żelazo, proszę kolegów. Tam się robiło solidnego bicka. Tam się darło “kuuurwa!!!” w martwym ciągu, słuchając do tego Rammsteina, na którego punkcie właściciel najwidoczniej miał obsesję. Łyse głowy, tribale na ramionach, pot, krew i żadnych łez, bo prawdziwi mężczyźni nie płaczą.

Mówiąc w skrócie: ostoja polskiej męskości w najlepszym, bo wschodnim wydaniu sprzed 15 lat. Chodziłem tam, kiedy – uwierzcie mi na słowo – byłem w lepszej kondycji fizycznej, niż obecnie.

Była to jedna z kilkunastu siłowni, które w 37-letnim życiu zaliczyłem, nie włączając w to pierwszej, czyli poddasza u kolegi, gdzie zardzewiałe sztangi i gąbka na ławeczce były szczytem luksusu. Niejedno więc widziałem, sami rozumiecie. Jednak tamta, o której mówię, ta prawilna siłownia, zapadła mi mocno w pamięć za sprawą jednego wydarzenia. Ćwiczyłem triceps, czy co tam innego, kiedy nieznani mi pakerzy obok zabrali się za wyciskanie sztangi leżąc. Ten na ławce miał determinację plemnika w drodze do jajeczka, więc szło mu nieźle, dodatkowo dopingowany był różnymi wyrazami przez asekurującego go kumpla.

– Aaaaa, za dużoooo.. – jęknął w pewnym momencie przygnieciony ciężarem facet pod sztangą,
– Zamknij się, dźwigaj! – padł rozkaz asekuranta.
– Ale booooli! – płakał już jegomość na dole, bo ewidentnie uszkadzał sobie właśnie jakiś mięsień. Wówczas jego towarzysz – miast pomóc kumplowi – wyryczał manifest, brzmiący niczym najbardziej wyrafinowany cytat z prozy Sławomira Jastrzębowskiego. Ów manifest brzmiał następująco:
“Stul pysk, baranie. Ból jest przyjacielem mężczyzny!”
No więc ja dziś właśnie o tym. O tym bólu, który mężczyźni kochają sobie zadawać, zwłaszcza w kontekście ćwiczeń fizycznych. I o tym, dlaczego to robią.
Bo, wiecie, rozumiecie, ja sam długo tak uważałem.

Nazwa street workout przyjęła się u nas dopiero niedawno, ale kiedy byłem młodym chłopakiem uprawiałem to to, nie znając stosownej terminologii. Jak każdy street workoutowiec wie, idealne do ćwiczeń na świeżym powietrzu są place zabaw – drążki, barierki, ławeczki, niby wstawione tam dla dzieciaków, w rzeczywistości aż się proszą, by zrobić na nich krótką obwodówkę. Przepraszam, chodziło mi o crossfit, jaki ja niedzisiejszy.

Wparowywałem więc na plac zabaw wieczorem, kiedy nie było tam dzieciaków (ich obecność mocno dekoncentrowała, bo albo zasypywały mnie pytaniami: “co pan lobi?”, albo naśladowały mnie tak komicznie, że nie byłem w stanie ćwiczyć ze śmiechu) i dawaj: pompki, brzuszki, podciągnięcia na drążku.

Byłem piękny, dwudziestoletni i w moim rozumieniu niezniszczalny, więc niekiedy podciągałem się na drążku tak długo, aż ciśnieniowy ból głowy zaczynał rozsadzać mi czaszkę. Gorący, tępy nóż zagłębiał się dalej i dalej w moją potylicę, bladłem, opadałem z sił, oblewałem się zimnym potem, po czym podnosiłem się jeszcze dwa, trzy, pięć razy i dopiero wtedy, na chwiejnych nogach szedłem do domu.

Jeśli ktoś z czytających ma choćby mgliste pojęcie o medycynie to wie, że byłem bardzo bliski wylewu krwi do mózgu. Mam zresztą przyjaciół, którzy w ten sposób fundowali sobie wycieczkę do szpitala. Po kiego więc to robiłem?

Wówczas wydawało mi się, że dla zdrowia (tak, tak, ja też mam ochotę palnąć młodego mnie w łepetynę) i dla męskości. Facet bowiem, ten Prawdziwy Facet, z filmów amerykańskich nigdy się nie poddaje, jest jak groźny pies: jak raz złapie kość, nie puści, prędzej zdechnie.

Trzeba było kilku życiowych przewrotów, żebym zrozumiał, że ten, kto rezygnuje, często zyskuje po dwakroć. I że czasem jeśli się nie zatrzymasz, nie będziesz w stanie w ogóle kontynuować podróży.

Było w tym jednak coś więcej, niż sam zbiór przekonań – był to brak szacunku do własnego ciała. O miłości do niego nie mówiąc.

Wy też pewnie macie kumpli-biegaczy, co to zaliczają przynajmniej jedną kontuzję na miesiąc. Takich, którzy zgodnie z hasłem “sport to zdrowie” mają stawy zniszczone jakby przepracowali pół życia na kutrze do połowu krabów. Takich, jak inny mój kolega, który wyznawał zasadę: “jeśli po treningu się nie zrzygałem, to trening się nie liczy”.
Oni też, jak ja kiedyś, nie szanują swojego ciała, mimo że pozornie o nie dbają na siłowniach i bieżniach. Ciało jest jednak dla nich tylko narzędziem, jak młotek, czy wiertarka. Przez jakiś czas może być w dobrym stanie, ale czy wbijając gwoździe słuchaliście kiedykolwiek tego, co ma wam do powiedzenia młotek?
Po latach myślę, że tamtej gość od manifestu męskości miał rację, “Ból jest przyjacielem mężczyzny”, tyle że mówi on najczęściej – “przestań, nadużywasz mnie!”

Dlaczego go ignorujemy? Odpowiedź jest dla każdego inna.
Jeden podświadomie chce ukarać się za to, jakim jest złym człowiekiem.
Drugi uważa, że ciała słuchają baby, a jemu wszystko dyktuje rozum.
Trzeci chce cierpienia, bo tylko wtedy jest coś wart. Na przykład dla ojca. Ale i dla kraju, mamy tu w końcu piękną cierpiętniczą tradycję.
Piąty chce bólu, bo w tajemniczy sposób ból łączy go z kimś, o kim się w rodzinie nie mówi, albo mówi się źle.
Szóstemu ból pozwala zapomnieć o natłoku myśli.
Siódmy o ciele pamięta tylko wtedy, kiedy coś go boli.
Ósmy przeżył dawno temu coś bardzo bolesnego i nie wie czemu, ale chciałby do tamtej traumy wrócić.
Dziewiąty…
Dziesiąty…

Tu już, panowie, odpowiedzcie sobie sami.
I nigdy nie płaczcie, przecież nam nie wolno.